niedziela, 20 sierpnia 2017

2 lata leczenia

Witam

Mija 2 lata odkąd poszedłem pierwszy raz do psychiatry, cały czas jestem na lekach, 225 mg Venlafaksyny i 100 mg Triticco i nie prędko będę mógł je zmniejszyć. Choć ostatnio zmniejszyłem Trittico na 50 bo zrobiłem się ospały, nie wiem czy ma to wpływ na pogorszenie się nastroju, czy tęsknota za rodziną i poczucie bezsensu.

Prawie 5 miesięcy temu żona zabrała mi dzieci i się wyprowadziła.
Do tej chwili nie mogę uwierzyć w to wszystko, nie rozumiem tego.
O wydarzeniach z żoną i jej rodziną nie chcę teraz pisać.
Pracuje jako monter telewizji kablowej i internetu. Dodatkowo dorabiam jako kierowca i pracownik fizyczny.
Pracę załatwił mi sąsiad, razem pracujemy w dwuosobowych grupach, pomaga mi i wspiera. Moja rodzina pomogła mi pospłacać większość pilnych długów.
Zarabiam mało, po opłaceniu rachunków i pozostałych rat, nie mam na jedzenie. Pomaga mi kilka osób.
Póki co nie czuję się na siłach do bardziej wymagającej pracy do samodzielnego stanowiska.
Powoli poprawia mi się pamięć i zdolność kojarzenia, choć czasem też wszystko zawodzi.
Denerwuję się pod presją czasu. Ale brak środków do życia też dołuje.

W zeszły wtorek widziałem MIŁOŚĆ, para ok 30 latków, ładna dziewczyna szła obok chłopaka, Ona trzymała mu rękę w kieszeni spodni, On nie miał obu rąk.









poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dno zawsze jest niżej niż nam się wydaje

I proszę z giełdą jest jak z życiem, stara giełdowa mądrość odnośnie spadających cen akcji mówi " Dno zawsze jest niżej niż nam się wydaje"

Stało się, żona zabrała dzieci i się wyprowadziła pod koniec marca. Taki zbieg okoliczności kiedy się okazało, że zamiast milionów z Forexu póki co jest spory dług :)

Ale co jest ciekawe, nie mam rodziny, nie mam pracy, nie mam pieniędzy, nawet nie mam auta bo zepsute, ale mam wielką ochotę do życia, taką jakiej nie miałem  będąc na szczycie. Paradoks ? nie , leki działają :)
Wiem, że dam radę, wrócił optymizm, umiem śmiać się z problemów, młodszy syn już dostał lekcję życia, zapytałem po co są problemy, odpowiedział " po to aby je rozwiązywać"
Żona wolała uciec przed problemem. Woli nie przyjmować do wiadomości, że stany depresyjne pogarszały się przy niej, zero zainteresowania chorobą, jej objawami, leczeniem.





wtorek, 14 marca 2017

Dno




Czekam z niecierpliwością kiedy nastąpi odbicie od dna.
Niestety dno już osiągnąłem, bo tak można nazwać sytuację kiedy nie mam na spłatę rat pożyczek  i nie mam skąd już pożyczyć. A do rozpadającej kanapy doszedł rozpadający się laptop.
Podliczyłem wszystkie długi, masakra sam nie wiedziałem chyba ile tego jest, kupiłbym za to niezłe nowe auto.

Wszyscy już się martwią rodzice, teściowie, najbardziej chyba żona, wściekła chodzi,

Jedni myślą, że jestem psychiczny i nie ogarniam nic, inni myślą, że jestem leniem, a reszta pewnie, że mam jakąś fanaberie i nie chcę pracować tylko żyję marzeniami i  zajmuję się czymś co nie ma sensu, jest hazardem i takie tam.

Ciekawe, że jak ma się problemy to i przyjaciele okazują się kimś innym, takimi  małymi ludzikami.

Ja czasu od listopada nie zmarnowałem, setki godzin poświęciłem na ogarnianie do końca  forexu.
Gdybym nie wierzył w to, już dawno bym to zostawił, to że jestem chory nie znaczy, że jestem szaleńcem. Swoje już widziałem i wiem, że na forexie nie ma żadnego przypadku.
Nauka kosztuje czas, zdrowie i pieniądze, ale luty był na plusie, teraz tylko  marzec, kwiecień, maj ...

Wiem, że dam radę, nie słucham nikogo i  robię swoje, a to że o pół roku wszystko się przesunęło nie będzie miało znaczenia za rok.

Jedno jest pewne, nikt zdrowy was nie zrozumie. Rozejrzyjcie wokoło znajdźcie kogoś z podobnymi problemami a będzie wam łatwiej.



czwartek, 24 listopada 2016

Rzadko, rzadko, coraz częściej

Jakoś rzadko tu zaglądam, ale walczę jak się da z przeciwnościami.
Kolejna próba zmniejszenia dawki Wenlafaksyny znowu po około 8 dniach powodowała obniżenie nastroju i problemy z oczami.
Lekarz powiedział, że nie ma co się męczyć tylko jechać ile się da na idealnej dawce, przepisał leki na 4 miesiące, dodał również, że dopóki mi się sprawy nie wyprostują to nie ma sensu zmniejszać dawki.
W grudniu chyba skończy mi się zasiłek, ja na to nie patrzę już od dawna, realizuję swój plan.
Musiałem poprawić coś w swoim systemie handlu na giełdzie walutowej. Poza tym zawodzi psychika, zbyt dużo ryzykuję bo musze wychodzić z problemów finansowych, póki co doszło około 1100 zł spłacania pożyczek co miesiąc. Nikt o tym nie wie.
Listopad może być miesiącem przełomowym jest szansa, że zarobię więcej niż żona na etacie.
Plan miesięczny wynosi jakieś 2000 zł + zwiększanie depozytu ( powiększanie pozycji startowej na następny miesiąc).

Może będę częściej tu zaglądał, bo jest kilka spraw o których chcę napisać.

niedziela, 4 września 2016

Goodbye Epos

Niestety ten dzień nadszedł, musiałem spieniężyć zegarek, Epos 3390.
Na szczęście nie musiałem się go pozbywać za przysłowiowe grosze.
Wysoki kurs franka szwajcarskiego dla jednych zmora dla innych radość.
Aktualna cena to 5000 zł , a ja go kupiłem za 2800 zł sześć lat temu a teraz sprzedałem za 2500, strata 300 zł po 6 latach dała się przeżyć.

Ze zdrowiem powoli coraz lepiej jednak na wyższej dawce Venly funkcjonuje mi się lepiej, może powoli dojdę do stanu z kwietnia, kiedy rozpierała mnie energia jak odchodziłem z oddziału.

Gram dalej va banque, nie szukam pracy , ale czas biegnie a problemy z kasą narastają, nie do wiary jak w ciągu dwóch lat życie może zmienić się tak bardzo, praktycznie upadek całkowity, mama dziś poratowała trzema stówami :)

Mam nadzieję, że wyniki na forexie poprawią się zanim umrę z głodu. :)

Ps. czyta to ktoś ? dajcie znać !


czwartek, 28 lipca 2016

Im gorzej tym weselej

Witam

Problemy narastają a mi humor coraz lepszy dopisuje, może to efekt zwiększonej dawki venlafaxyny.
Zauważyłem, że od wyjścia z oddziału jakby coraz gorzej mi było, oczywiście problemy narastają ale w końcu przypomniałem sobie, że pod koniec pobytu w oddziale miałem zmniejszoną dawkę.
Jak leki się skończyły to udałem się do lekarza, a ten słysząc o tym, że mi się pogarsza powiedział krótko "po co się męczyć, trzeba brać taką dawkę przy której się czuję idealnie przez jak najdłuższy czas, o zmniejszaniu dawki porozmawiamy za pół roku jak będzie się pan czuł cały czas idealnie, poza tym jak się inne problemy pana nie skończą to i zdrowie nie będzie się poprawiać."
Tak to już jest, że z dawkowaniem trzeba elastycznie, a nie jak poszedłem do państwowej lekarki i od razu na pierwszej wizycie po 3 miesiącach leczenia kazała zmniejszyć dawki leków, a na drugiej wizycie zastanawiała się na głos dlaczego mi zaleciła zmniejszenie i stwierdziła, żeby znowu brać jak wcześniej. I jak można komuś takiemu ufać ?

W kwestii forexu są dobre wyniki przeplatane słabymi, ogólnie do przodu, ale jeszcze nie na tyle, żeby żyć na luzie. Na razie przymierzam się do rozstania z Eposem :(

wtorek, 21 czerwca 2016

Problemów nie brakuje ale humor dopisuje

Witam

Dziękuję za zainteresowanie moim dalszym losem, od wyjścia z oddziału sprawy się bardzo pozmieniały, miałem pisać częściej ale niestety byłem skupiony na innych problemach, w skrócie opowiem co było dalej.

Zanim zakończyłem terapię na oddziale dziennym złożyłem wniosek o przedłużenie zasiłku rehabilitacyjnego, który w moim przypadku stanowił połowę przychodów koniecznych do normalnego  funkcjonowania rodziny, na drugą połowę składała się pensja żony ( około 25% ) i inne źródła takie jak pożyczki.

Na komisji lekarskiej lekarz orzecznik wysłuchał tego co mówię z wielką empatią i zrozumieniem a na koniec wydał decyzję : "zdolny do pracy". Złożyłem sprzeciw bo czułem się oszukany.
Po odczekaniu znowu jakiś 2 tygodni kolejna komisja lekarska ( tym razem 3 lekarzy ) jeden badał i pytał a dwoje słuchało i coś robili na komputerach, pewnie nawet nie związanego ze mną.
Wynik komisji wysyłają pocztą. Czekałem kolejne 2 tygodnie, jak przyszedł to znowu to samo, "zdolny do pracy" a jeśli się nie zgadzam z tym to mogę odwołać się do sądu.
Gdybym miał z czego żyć to pewnie bym tak zrobił, ale niestety pieniądze są potrzebne już a nie za kilka miesięcy, co mogłoby tyle trwać i okazałoby się po czasie, że zostałbym moralnym zwycięzcą.
Koleżanka z terapii walczyła już z ZUS o rentę ponad dwa lata a w tym czasie utrzymywał ją przyjaciel.

Musiałem poczynić kolejne kroki a więc, zgłosiłem się do Urzędu Pracy i zarejestrowałem się jako bezrobotny, dostanę zasiłek jakieś 800 zł brutto przez 3 miesiące a potem przez kolejne 3 to chyba jakieś 600 brutto.

Aktualnie dochody żony kwalifikują nas do ubiegania się o 500+ na pierwsze dziecko i dodatkowo o zasiłek rodzinny to jakieś około 200 zł miesięcznie. Jest opcja jeszcze o jakieś zapomogi socjalne ale jak usłyszałem, że muszą zrobić wywiad środowiskowy u naszych rodziców, żeby sprawdzić czy mogą nam pomagać bo zdaje się, że mogliby  płacić alimenty na nas czyli  na dzieci 40 letnie ( jakieś dziwne prawo).  Chyba dam sobie spokój, bo ojcu po zawale mogłoby ciśnienie za bardzo skoczyć.

To tyle co inni mogą zrobić dla nas, druga strona medalu to co ja mogę zrobić. Oczywiście są dwa wyjścia , pójść do pracy do kogoś i pozostaje kwestia czy zarobię na utrzymanie rodziny i spłatę około 20 000 zł długów i czy ta praca będzie mi odpowiadała i nie powodowała pogarszania psychiki.

Drugie wyjście to temat giełdy. Przypomniałem sobie, jak mnie praca handlowca drażniła i jak się wkurzałem, że nie mogę zająć się tym co kocham i czego uczę się od ponad 10 lat.
Ponieważ, choroba spowodowała to, że nie myślałem racjonalnie i potraciłem przez ostatnie 3 lata sporo kasy to pozostał mi drugi temat forex ( handel walutami ), tu można grać małymi kwotami i dobrze zarabiać. Zajmuję się już tym od około 2 lat, nieporównywalnie trudniejsze od handlu akcjami. Od stycznia mam coraz lepsze efekty, wydaje się że leczenie farmakologiczne i terapia otworzyły mi umysł i coraz lepiej wszystko ogarniam, do tego dochodzi Boża opatrzność bo odkryłem coś ważnego a w przypadki nie wierzę. Pozostało już mam nadzieję niewiele, aby osiągać dobre wyniki, dodatkowo muszę mieć mocną psychikę i dobre samopoczucie, a z tym bywa jeszcze różnie. Niestety sytuacja materialna nie pomaga i muszę też żonglować środkami co utrudnia i życie i handel na forexie.
Ponieważ myślę, że jak zajmę się pracą u kogoś to dla swojego zainteresowania będzie za mało czasu więc póki co postawiłem wszystko na jedną kartę,  albo w końcu równia wznosząca i wychodzenie z problemów i życie na poziomie jakiego nie mieliśmy od kilku lat, albo niestety będę jeździł na rozmowy kwalifikacyjne za ostatnie pożyczone pieniądze.



czwartek, 19 maja 2016

Po terapii na oddziale dziennym - gimnastyka

Z gimnastyką jest jak ze stołówką, nie ćwiczysz nie robisz postępów, dlaczego ? dlatego, że ci którzy już zrobili postęp i zaczęli bywać na stołówce a nie bywali na gimnastyce, także za daleko w terapii się nie posunęli do przodu.
Gimnastyka była jak wspólna zabawa przy muzyce, nie chodziło o dokładne ćwiczenie tylko o poruszanie się cokolwiek, integrację, pokazanie jakiegoś ćwiczenia innym, i relaks przed zajęciami.
Oczywiście, jak komuś zdrowie pozwalało to i mógł poszaleć :)

Na początku kilka ćwiczeń pokazywał dyżurny prowadzący gimnastykę a potem każdy coś dokładał od siebie, tak aby każdy z pacjentów i personelu pokazał co najmniej jedno ćwiczenie.

Przy moim oddziale dziennym była szkoła i boiska ogólnodostępne, jak się zrobiło ciepło to wychodziliśmy na gimnastykę na dwór, ja trochę się poruszałem ze wszystkimi a potem można było porzucać do kosza. Ja z rana grałem w kosza a "inni" czyli zdrowi pracowali w tym czasie, fajnie co
?:)


piątek, 6 maja 2016

Po terapii na oddziale dziennym - stołówka

Witam po dłuższej przerwie, okazało się, że przebywanie "na wolności" i zajmowanie się głównie prozą życia jest bardzo zajmujące.

Pobyt na oddziale dziennym zakończony, specjalnie często używam wyrazu "dzienny", żeby nikomu się nie myliło. Dzienny proszę nie mylić z całodobowym potocznie zamkniętym.

Pobyt na oddziale dziennym zaczynał się od godz. 9 i trwał do 13.30, pięć dni w tygodniu.

Po pierwsze według mnie terapia zaczyna się na stołówce, dlatego że tu zaczynamy się integrować, chyba wszyscy na początku mieli problemy z przebywaniem w dużej grupie, niektórzy z mojej grupy jeszcze po 10 tygodniach terapii nie mogli posiedzieć na stołówce i napić się kawy i pogadać, jakiś lęk przed innymi, bariery które ciężko przełamać, za to cały czas narzekali, że terapia nie działa :). Chyba każdy zanim przyszedł na oddział wolał sam spędzać cały dzień w domu bez ludzi. Takie to choroby. Chcesz, żeby terapia pomagała ? , przebywaj w stołówce, wypij kawę lub herbatę i chociaż posłuchaj ludzi, z czasem ten "hałas" polubisz. Jeśli masz takie opory przed skupiskiem ludzi, że nie możesz wejść na stołówkę, zrób inaczej, następnego dnia przyjdź pierwszy, usiądź sobie, zrób coś do picia i czekaj na innych, zaczną się schodzić i zobacz ile wytrzymasz, jak cię zmęczy wyjdź, i tak zajęcia niebawem się zaczną , a następnego dnia znowu przyjdź jako pierwszy i usiądź na stołówce.

Przy okazji obalę dwa mity : po pierwsze kawy, herbaty i cukru nie przynoszą w nocy krasnoludki, za free. Po drugie szklanki i kubki nie są myte przez nich kiedy śpimy sobie w domach.



czwartek, 7 kwietnia 2016

Oddział dzienny szpitala psychiatrycznego - końcówka terapii

Moje 12 tygodni na oddziale dziennym szpitala psychiatrycznego powoli się zbliża do końca, wg moich wyliczeń powinienem skończyć gdzieś za tydzień.
Nie pisałem nic praktycznie o pobycie na oddziale bo uważałem, że najlepiej zrobić to na końcu jako podsumowanie i praktyczny poradnik.

Zostawię sobie kilka dni na zebranie myśli i jak znajdę chwilę napiszę o tym.

Dziś krótko powiem, polubiłem to miejsce, personel i część pacjentów, na pewno mi to pomogło i polecam każdemu kto ma jakieś dylematy, oczywiście to miejsce w którym byłem :)

czwartek, 10 marca 2016

Po co mi blog ? ( publikuje z dużym opóźnieniem )

Jeszcze tydzień temu nie myślałem o blogu, nawet nigdy wcześniej  żadnego nie czytałem .
Biorę leki już któryś miesiąc, chyba w końcu zaczęły działać bo od jakiś 4 dni czuję, że następuje przełom.
Czytałem gdzieś, że nie ma co się zbyt szybko cieszyć z poprawy, a jak się za szybko odstawia leki to się dostaje strzał w plecy, więc powoli ale do przodu.

W końcu miałem czas przemyśleć swoje życie, zlokalizować miejsca i czas kiedy to moja choroba dawała znaki ostrzegawcze a ja ich nie zrozumiałem, albo zlekceważyłem. Jedyne czego nie robię i nie chcę zrobić to dociekanie co było przyczyną, że zachorowałem właśnie na to.

W końcu dostałem się do psychiatry państwowo, 3 miesiące czekania a jak z bicza strzelił :)
Czekałem cierpliwie to chociaż na początek nagroda pocieszenia, młoda, atrakcyjna,  tryskająca optymizmem lekarka. Na początek dała test na stan depresji do wypełnienia i zaleciła inaczej dawkować poranne leki. Po trzech miesiącach brania antydepresantów wyszła mi nadal ciężka depresja.

Pani doktor ucieszyła się też, że jestem z tej dzielnicy, bo chce od stycznia ruszyć z terapią grupową, nie znam szczegółów, ale jak krótko opowiedziała, to czeka mnie tam publiczna spowiedź.
Mogę tu uporządkować swoje wspomnienia i zacząć przełamywać bariery, przypomnieć sobie, że kiedyś potrafiłem być otwarty,wesoły i umiałem coś powiedzieć lub napisać zabawnego. To pierwszy powód.

Drugi jest taki, że chcę z siebie zrzucić ciężar i na nowo się narodzić, taki drugi kościelny chrzest, kiedy to zmywane są nasze grzechy i zaczynamy nasze życie z Bogiem.
Pewnie ciężko to zrozumieć ale jak się ma świadomość, że ostatnie 8 lat to pasmo nieustannych niepowodzeń, chorych relacji z najbliższymi, zerwanych praktycznie wszystkich kontaktów z dalszą i bliższą rodziną, moimi chrzestnymi i chrześniakami, kolegami ze szkół i pracy, zerowe kontakty ze znajomymi żony, zużyte bądź zepsute i nie wymienione sprzęty domowe, brak pracy i strach co będzie dalej.
Żebym mógł powiedzieć "to nie moja wina - to wina depresji"

Trzeci powód to przekazanie mojej wiedzy innym którym się przyda, jak już mnie to dziadostwo dopadło to niech chociaż nie będzie to całkowicie stracony czas.

Po czwarte, wiem że jest bardzo trudno zrobić pierwszy krok, przyznać się przed innymi, rodziną, znajomymi, a na początek przed sobą i przed pierwszym lekarzem, im więcej będzie się o tym mówić, będzie mniej tragedii w rodzinach.

Po piąte mam  nadzieję, że więcej będzie akcji promujących walkę z depresją, niż nekrologów znanych osób, którzy to nie wiadomo z jakich przyczyn, odbierali sobie życie, a przecież mieli wszystko i  byli tacy szczęśliwi...

sobota, 27 lutego 2016

Czwarta komisja w ZUS - zasiłek rehabilitacyjny

Tym razem na komisję poszedłem w miarę w dobrym humorze, miałem przy sobie zaświadczenie o pobycie na oddziale.

Na początku zdziwiłem się, że mam iść do innej części budynku, okazało się, że ta komisja była związana z moim wnioskiem o zasiłek rehabilitacyjny, zdziwiłem się tym bardziej bo minęły może 2 tyg od jego złożenia.

Pod drzwiami czekałem dość długo, pani orzecznik co raz wychodziła ze swojego  pokoju i załatwiała jakieś sprawy w innych.

W końcu wszedłem, od razu wyczułem nieprzyjemne nastawienie, jak tylko zapytała mnie o samopoczucie wszedłem na temat mojego pobytu na oddziale dziennym.

Pani doktor spojrzała na zaświadczenie i zapytała : "jak to od wczoraj ? "
Na szybko ulepiłem historię, jak to dostałem skierowanie po naborze na oddział i musiałem czekać aż ktoś zrezygnuje i na szczęście dzień przed końcem ważności skierowania to się udało :)

Jako nowość, musiałem rozebrać się do pasa i dać się osłuchać pani doktor, nie wiem co to miało na celu, ale jak się okazało moja koleżanka z grupy też miała komisję u tej lekarki i też ją osłuchiwała, trochę dziwne zważywszy, że mamy kłopot z głowami a nie z płucami.
Może to był po prostu pulmonolog i chciał coś zbadać na czym się zna :), w sumie bym się nie zdziwił, już mi jeden lekarz na komisji przyznał się, że jest innej specjalizacji i nie zna się na psychiatrii.

Dostałem zasiłek na 3 miesiące na tyle ile trwa terapia na oddziale dziennym.

czwartek, 18 lutego 2016

Oddział dzienny szpitala psychiatrycznego

Dobiegło do końca kolejne zwolnienie, poszedłem do lekarki u której ostatnio się leczę.
Pani doktor tym razem postawiła się i nalegała abym zgłosił się na oddział dzienny, oczywiście zaprotestowałem argumentując, że najlepiej  czuję się sam i w domu i nie chcę iść do obcych ludzi, pani doktor skwitowała, tym bardziej musi pan tam iść.
Wypisała skierowanie, zwolnienie , recepty i wniosek o świadczenie rehabilitacyjne.
Poszedłem do domu z mieszanymi uczuciami.
Mijały dni a coraz mniej myślałem o tym skierowaniu, aż raptem nabrałem chęci :) , dostałem od ZUS wezwanie na komisję lekarską, zdaje się, że na czwartą.
Teraz zastanawiałem się nie czy iść, tylko co będzie na komisji jak poczytają w odpisie , że lekarka mnie skierowała na oddział a ja to olałem.

Postanowiłem pojechać, oddział był niedaleko mnie, musiałem trochę poszukać budynku, ale się udało.
Wchodzę i oczom moim ukazał się dziwny widok, tak jak by w mieszkaniu była impreza, albo w akademiku, rozejrzałem się pobieżnie, różni ludzie w różnym wieku, niektórzy troszkę dziwnie wyglądali , zapytałem ze 3 osoby gdzie jest jakaś recepcja ale nikt nie wiedział.

Jakaś pani skierowała mnie do pielęgniarek, tam pokazałem skierowanie, ostatni dzień ważne a komisja w ZUS już jutro, ale miłe panie postanowiły mi pomóc i przyjęły mnie na oddział. Dostałem zaświadczenie o pobycie, uff w ZUS powinno być lekko,  z uśmiechem na twarzy wychodziłem z oddziału.

środa, 17 lutego 2016

Epos - mój amulet



Epos 3390 - najpiękniejszy garniturowiec jakiego widziałem, chorowałem na niego dość długo.



Większości tego nie rozumie, przecież pokazuje taką samą godzinę tak jak zwykły zegarek za 20 zł, i tu się mylą bo quartz pokazuje godzinę o niebo dokładniej, do tego chodzi i chodzi a mój chodzi najwyżej dobę jak go nie noszę.
Za to jak wygląda i jaki wydaje dźwięk, po prostu poezja.
Przestałem go nosić jak zakończyłem pracę, nawet nie wiem czemu o nim zapomniałem, jak go nie nosiłem to nie chciało mi się go znowu ustawiać i wprawiać w ruch.
Chodzę w nim po mieszkaniu i siedzę przy komputerze, śmiesznie to musi wyglądać, krótkie spodenki i wyciągnięty T-shirt a na nadgarstku zegarek za kilka tysięcy.
Ma to na celu przypomnienie sobie najlepszych dni i też przestroga, że jak coś nie wymyślę to kto inny będzie się nim cieszył.

niedziela, 31 stycznia 2016

Trzecia komisja w ZUS

Czuję się już prześladowany przez ZUS, nie dość że choroba mnie prześladuje to jeszcze ZUS.
Listonosz przyniósł trzecie wezwanie, ten kraj zdechnie chyba przede mną.

Czy oni muszą działaś jak debile ? przecież taki orzecznik na drugiej komisji powinien zrobić adnotację kiedy powinna być następna kontrola, jak im mówię, że choruję od kilku lat to mi zaraz przejdzie po stosowaniu leków przez 3 miesiące ? Znowu nerwy znowu się będę produkował i nawet nie wiem czy nie trafię na lekarkę która ma akurat okres, odwali mi zwolnienie i co jej zrobię ? ona tam rządzi.

Pojechałem jak zwykle przed czasem, wszedłem do pokoju i zdziwienie lekarz orzecznik młodszy niż ja.

Młody ale agresywnie nastawiony od samego początku, najpierw zapytał czy już czuję się lepiej.
Odpowiedziałem, że po zmniejszeniu dawki leku to nawet zdecydowanie gorzej, do tego stopnia, że sam nie czekając na wizytę lekarza wróciłem do poprzedniej dawki.
Potem kazał znowu opowiedzieć historię choroby i przyczepił się czemu leczę się w domu a nie chodzę do psychologa.
Na słowo psycholog podnosi mi się ciśnienie, to właśnie pani psycholog nie poznała się na moich objawach i nie skierowała mnie do psychiatry, mam żal bo przez nią sięgnąłem dna.

Opowiedziałem o tym orzecznikowi a jak jeszcze usłyszał o jaką dawkę zmniejszyła mi leki ostatnia lekarka to już nie miał wątpliwości, że potrzebuję dalszego leczenia.
Podsumował, że tego leku nie wolno zmniejszać tak dużo.

Chyba mnie stresują te komisje, bo zauważyłem, że jak z nimi rozmawiam, mówię coraz wolniej i staję się otępiały, mam problemy nawet ze znalezieniem właściwego słowa.
Na szczęście po wyjściu z budynku ZUS czuję się znacznie lepiej.






Dzień świra


Zawsze marzyłem o pracy w domu, mam pomysł na zarabianie, tylko nie miałem czasu, bo pracowałem.
Teraz nie chodzę do pracy czyli teoretycznie mam dużo czasu, ale to tylko teoria.
Żeby zarabiać siedząc w domu muszą być spełnione warunki.
Po pierwsze muszę czuć się w miarę dobrze. Po drugie być sam w domu. Po trzecie mieć spokój.
A u mnie jest oczywiście tak jak nie powinno być.
Dzieci do szkoły chodzą na zmiany, czasami robiłem 8 kursów z dziećmi. Jak nie przygotowywanie im jedzenia to odrabianie lekcji, i jeszcze jestem najgorszym tatą bo się z nimi nie bawię.
Domofon często dzwoni, a to poczta, a to ulotki chcą zostawić, a to teściowa zajrzała, to znowu pewnie złodzieje sprawdzają czy jest ktoś w domu.
Z telefonem oczywiście to samo, jak nie bezpłatne badania, to pokazy gotowania i tak w kółko.
Jak nie kurier z przesyłką dla żony to staruszka po prośbie, jak nie gospodarz z podwyżką czynszu, to kominiarz z kalendarzem i tak zwariować można.
Siedzę przy komputerze i czuję się jak główny bohater z dnia świra, skupić się nie można na niczym, bo za oknem gospodyni domu zamiata chodnik, miotłą elektryczną. Łeb mnie już boli bo słychać to na 7 piętrze jak by to było u mnie w kuchni. Niech jeszcze podkręci obroty i na niej odleci, będzie spokój.
Patrzę na to z góry i sensu nie widzę, przewala te liście z jednego miejsca w drugie, szybciej by było zwykłą miotłą, pewnie to ciężkie a i tak musi tym machać.
Dla mnie sens tego taki, jak bym rurę od odkurzacza wsadził w wylot i tak odkurzał dywan.
Pewnie jakaś firma sprzedająca te cuda, dogadała się z prezesem spółdzielni i  uszczęśliwiła gospodarzy domów za sporą kasę.
Chcesz zarobić trochę kasy ? sprzedawaj im nauszniki ochronne :)

niedziela, 10 stycznia 2016

Druga komisja w ZUS

Minął tydzień jak byłem na pierwszej komisji, a listonosz znów przyniósł mi pismo z ZUS.
Myślałem, że to podziękowania, że wtedy przyjechałem i przeprosiny, że mnie wzywali niepotrzebnie, ewentualnie jakaś oficjalna decyzja, a tu dupa.
Kolejne wezwanie na komisję.
Jeszcze mi ZUS nie wypłacił żadnych pieniędzy, a już muszę na drugą komisję jechać, nie wiem już kto jest bardziej chory Ja czy nasz system opieki zdrowotnej.

Nie wytrzymałem i zadzwoniłem pod nr.  z wezwania. Zacząłem tłumaczyć, że byłem w zeszłym tygodniu i zapytałem po co mam znowu być?
Pani mi odpowiedziała, że zgodnie z ustawą mają prawo skontrolować każde zwolnienie, nawet pięć z rzędu, przerwałem jej  i mówię, przecież ja leczę się u psychiatry a nie u ortopedy i nie jest to fajne tak każdemu opowiadać o swoich problemach,  "zawsze może pan napisać pismo do dyrektora naszego oddziału, jak  się panu nie podoba" - odpowiedziała.
Po co mi te nerwy, zresztą on tu rządzi.

Byłem przed czasem i od razu wyszedł lekarz z uśmiechem i mnie zaprosił do gabinetu.
Sympatyczny, starszy i kulturalny pan,  wyglądał jak profesor z wyższej uczelni na zastępstwie w podstawówce, w ogóle tam nie pasował.
Wizyta trwała z 5 minut, lekarz na wstępie przyznał mi się, że w ogóle się na tym nie zna, bo jest innej specjalizacji, spisał lek który doszedł od poprzedniej komisji i na koniec prosił abym brał leki i słuchał się swojego psychiatry.

Z gabinetu wyszedłem przed godziną na którą byłem wezwany.

czwartek, 17 grudnia 2015

Hurra !! zwolnili mnie z pracy !

 Nigdy nie zapomnę tego dnia na pewno, kolejna wizyta na koniec miesiąca w oddziale naszej firmy.
Jak zwykle ostatniego dnia była walka o plan, aby sprzedać jeszcze ile tylko się da, to nawet nie była walka o plan a walka o jak najmniej kiepski wynik.
Już od około dwóch lat, nasza branża była tak samo w depresji jak Ja.
Sprzedaż spadała po kilkanaście procent miesięcznie, doszło do zwolnień, likwidacji jednego oddziału, dalszych zwolnień, decyzji o zaprzestaniu produkcji w Polsce.
Sprzedaż spadała nadal a na tle tej beznadziei, moje wyniki się wyróżniały, oczywiście na minus.

Na koniec dnia prezes wezwał mnie do siebie i od razu powiedział, że jest mu przykro ale jest zmuszony wręczyć mi wypowiedzenie. Nie wiem na ile udawał swoje przygnębienie, a na ile zachowywał się jak doświadczony pokerzysta, ale wierzę, że jednak moje 14 lat w tej firmie i moja 16 letnia często niełatwa znajomość z prezesem choć trochę go ruszyła.

Pierwsza reakcja ? czułem się jak w śnie, wiedziałem, że jest źle ale myślałem "trzymamy się razem, razem zbudowaliśmy tą firmę i razem nie damy jej umrzeć".
W głowie resztki ambicji walczyły z resztkami honoru.


Kilku godzinny powrót do domu to koszmar, i rozmyślanie co powiem, żonie i dzieciom.
Postanowiłem żonie powiedzieć od razu, "żartujesz?" - to jej reakcja, musiałem udowodnić pismem.
Od razu na drugi dzień kazała mi brać się za szukanie pracy, bo z czego będziemy żyli.
Przypomniało mi się, że już kilka miesięcy temu, nie wiem czy jej czy może swojemu przyjacielowi mówiłem, że jak by mnie zwolnili, to muszę sobie zrobić chyba kilku miesięczną przerwę, że jestem skrajnie zmęczony tą pracą.
Widocznie nie dostrzegałem jeszcze tego co od dłuższego czasu czuł mój organizm.

Po kilku dniach się otrząsnąłem i zacząłem widzieć w tym więcej plusów jak minusów.
Przecież od długiego czasu ta praca mnie dołowała, od kilku lat zamiast awansów i większych zarobków miałem regres, Męczyły mnie już jazdy samochodem po Polsce, w tym też 700 kilometrowe jazdy w jeden dzień, na zebrania handlowe z których nigdy nic nie wynikało, że musiałem się specjalnie motywować do wejścia do klienta, że irytowały mnie telefony od klientów z zamówieniami, że po jednym telefonie z reklamacją od wściekłego klienta wzywałem karetkę pogotowia.

Za to zacząłem widzieć same plusy: odpocznę sobie, znajdę lepiej płatną pracę, będę robił coś ciekawego, może będę więcej w domu.

Z kolegami i koleżankami z pracy pożegnałem się z uśmiechem na ustach, nawet jedna z koleżanek była tym zdziwiona, odpowiedziałem jej "też się będziesz cieszyć jak będziesz odchodzić".

Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że moja radość ma zupełnie inne przyczyny.

Wyjechaliśmy całą rodziną na urlop do rodziny w góry, czas nam tam fajnie i szybko minął.
Wróciliśmy po 2 tygodniach i któregoś dnia zadzwonił kolega z pracy, opowiadał, że sprzedaż nadal spada i wynik jest gorszy, niż poprzedni jak jeszcze byłem z nimi.
Nie wiem czy ta właśnie informacja podziałała na mnie tak , że postanowiłem sobie jeszcze bardziej poprawić humor i otworzyć whisky które dostałem od sąsiada.

Kiedy kończyłem czwartego dużego drinka, nawet nie przypuszczałem, że mój laptop zaraz wykona swój pierwszy lot w życiu.






czwartek, 10 grudnia 2015

Wyznaczaj sobie cele to nie umrzesz

Jak ja się cieszę, że zdecydowałem się rok temu wrócić na siłownię, po 17 latach przerwy.
Zawsze  to lubiłem, ale najpierw dzienne studia a potem ciągłe delegacje po Polsce uniemożliwiały mi uprawiania tego sportu tak jak bym tego chciał i w końcu zrezygnowałem.
Ponieważ interesowały mnie tylko sporty siłowe, to skoncentrowałem się na uprawianiu piłki nożnej na laptopie.

Około rok temu nocowałem w hotelu na pomorzu i okazało się, że jest w nim siłownia dostępna dla gości. Poszedłem raz, położyłem się na ławeczce, chwyciłem gryf i zacząłem wyciskać, przypomniałem sobie od razu najlepsze czasy, kiedy to byłem młody, przystojny, miałem lepszą sylwetkę i mnie to chwyciło ponownie. Pierwszych kilka treningów to była masakra, szybko zweryfikowałem swoją aktualną kondycję i siłę, to było dno.
Wymyśliłem sobie, że będę wybierał hotele z siłowniami, było to możliwe, ale szybko  okazało się, że to co oni nazywają siłownią to mój sąsiad sam sobie to lepiej zorganizował i wyposażył w piwnicy.

Kiedyś zobaczyłem reklamę takiej karty na którą mogłem wchodzić na różne siłownie w różnych miastach w Polsce. Takie rozwiązanie tanie nie było ale sobie ją zorganizowałem, wygoda i jakość bez porównania.

Zacząłem ćwiczyć regularnie co drugi dzień, czułem się lepiej, spałem jak zarżnięty i siła szła aż miło. Ponieważ nie byłem nowicjuszem, to wyznaczyłem sobie ambitne cele w pierwszym roku treningów, ale widziałem szanse, że je osiągnę. 

Po kilku miesiącach stałych postępów coś się zablokowało, normalnie jakby przestał wydzielać mi się testosteron, zacząłem gorzej spać, siła spadała, i masa ciała także. 
Nie wiedziałem czemu tak jest, nie było mowy o złym trenowaniu albo o zastoju po 6 miesiącach treningów. 

Nie wiedziałem jeszcze, że nadciąga totalny kataklizm :)

Nie przestałem ćwiczyć nawet w moje najgorsze dni w chorobie i wiedziałem, że się nie poddam tak łatwo, dlatego że miałem cel i nawet wtedy gdy przez chorobę nie miałem na nic siły i ochoty, szkoda mi było tej dotychczasowej pracy na treningach.

Żona się piekliła, że za dużo spędzam czasu na siłowni, ale wiedziałem, że to jest moja terapia, że musiałem wyjść z domu, że musiałem pójść między ludzi, a potem się męczyłem i dawało mi to przyjemność, nawet wtedy gdy z twarzy można było odczytać co innego.
Kiedyś nawet w nerwach powiedziałem żonie, że prędzej z niej zrezygnuję niż z siłowni.

Moja rada jest taka, jeśli już zachorujesz i nic nie będziesz chciał robić, nawet nie będziesz mógł wstać z łóżka to przypomnij sobie co lubiłeś robić kiedyś, rób dokładnie to co chcesz i tylko to a olej wszystko i wszystkich i nie słuchaj ich pieprzenia.



piątek, 4 grudnia 2015

Mumia powraca

Leki nasenne działają dosyć dobrze i w końcu przesypiam całe noce a nie tak jak wcześniej było, że przebudzałem się w ciągu nocy i nie mogłem spać przez ok. 2 godziny.
Ale nadal tak mam, że jak mnie rodzina wybudzi, zanim się wyśpię to znowu wyglądam i czuję się jak mumia.
Zgodnie z zaleceniem drugiego lekarza zmniejszyłem dawkę porannego leku, ale po ok. tygodniu zacząłem czuć się co raz gorzej już od rana, bolały mnie oczy, byłem rozdrażniony i znowu agresywny.

Dziś tak właśnie jest, wczoraj późno wziąłem leki na noc i oglądałem fajny film prawie do północy, rano przebudziłem się przed siódmą i od razu jak tylko otworzyłem oczy wiedziałem, że to będzie kolejny zły mój dzień.
Kiedy żona wychodziła do sklepu podniosła mi ciśnienie :) , ale mimo to wypiłem jeszcze szybką kawę i coś zjadłem, odpaliłem laptopa, dzieci już powstawały.

Wziąłem swój poranny lek, a jeden z synków jadł śniadanie bo musiałem za chwilę podać mu antybiotyk. Pozwoliłem włączyć im bajkę i poszedłem z laptopem posiedzieć nad wodą.
Przeglądałem wiadomości w necie, gdy słyszę starszego syna " tato ! za 5 minut on ma lekcje !" , przez chwilę zdębiałem, jak to ryknąłem w ich kierunku, szybko wyszedłem z łazienki i zerknąłem na plan lekcji, "myślałem, że już nie chodzisz na dodatkowy sport" krzyknąłem w stronę młodszego, "chodzę chodzę" odpowiedział, mieliśmy 5 minut do rozpoczęcia zajęć, nerwy od rana.

Wychodząc z domu, zerknąłem w lustro i pomyślałem, "znowu wyglądam jak alkoholik po nocy, a za zimno już na czapkę z daszkiem, która zakrywała mi wcześniej połowę twarzy, założyłem zwykłą zimową na uszy.

Kiedy wróciłem, przebrałem się i zrobiłem drugą kawę, zorientowałem się, że powinienem dać drugiemu synowi antybiotyk dawno temu, znowu nerwowo. Wziąłem ten antybiotyk i tak patrzę na oko, że jakoś mało zostało, pytam żonę przez sms,  ile dni jeszcze ma brać ten antybiotyk, odpowiedziała, że jeszcze  6 dni, znowu spojrzałem na tą buteleczkę z białym płynem i stwierdziłem, że jest go najwyżej na 2 dni, dolałem wody do kreski jak było napisane na opakowaniu.
I tu zaczął się mój godzinny horror, żona się wściekła bo okazało się, że ma jeszcze jedną buteleczkę antybiotyku a ja nie wiem już ile mu podać, bo go niepotrzebnie rozcieńczyłem. Dolewa się do kreski po otwarciu a potem tylko potrząsa, żeby wymieszać.
Przez długi czas próbowałem ustalić ile ma teraz go wypić, przelewałem przez miarki i pisałem równania na papierze a czas płynął nieubłaganie, w końcu wyliczyłem 5 i pół strzykawki "Nawet mowy nie ma" usłyszałem od syna, "to jest obrzydliwe nawet jak brałem zawsze jedną strzykawkę" dodał i musiałem rozpocząć negocjację, jakoś go przekonałem , nie pamiętam już jak.
Ogarnąłem w końcu ten antybiotyk, zajrzałem na platformę, pozycja otworzona z samego rana, przed chwilą zamknęła się na Stop Loss'ie ze stratą.
Żona wróciła ze sklepu cały czas wściekła ze wzrokiem który o mało mnie nie zabił, "co ja mam teraz zrobić z tym ? - zapytała, "pomyśl na spokojnie , ja już muszę jechać" odparłem i wyszedłem z domu.

Patrzę na zegarek jest 10.15 , "czy ten dzień może być jeszcze udany ?" - pomyślałem tak przez chwilę, zaraz muszę wymienić opony na zimówki i filtr paliwa, a opony są pod Warszawą, po drodze powinienem odebrać odpis z wizyty od psychiatry potrzebny mi na komisję w ZUS.
Wsiadam do auta i ruszam, ale nie mogę jechać bo przymarzł mi hamulec ręczny i blokował jedno koło. No tak jak się spieszę to zawsze coś się jest nie tak. Po 20 minutach walki ruszyłem.
Z wymianą opon poszło sprawnie, z wymianą filtra mniej, musiałem czekać 2 godziny, bo mechanikowi nie szło z naprawieniem ML-a, piękne auto.
W końcu po wymianie filtra jeszcze musiałem skoczyć do centrum po odpis z ostatniej wizyty, żebym mógł znowu pokazać go na kolejnej komisji w  ZUS.

Do domu wróciłem już zmęczony i rozdrażniony, chciałem już tylko spędzić wieczór spokojnie i wcześnie iść spać.

W depresji a przynajmniej u mnie trzy kluczowe sprawy to wysypianie, spokój w domu i brak powodów do zdenerwowania. Ideałem dla mnie jest cisza w której słyszę delikatny szum wentylatorka w moim laptopie, ale to rzadko się zdarza.

Po 9 dniach zorientowałem się, że zmniejszenie dawki zwiększało mi dolegliwości depresyjne, biorę jak brałem normalnie, ciekawe co lekarka powie na tą sytuację.

Póki co moje ziemniaki przegrały bitwę z odważnikami, uświadomiło mi to, że jedną wygraną bitwą nie wygrywa się wojny.




środa, 2 grudnia 2015

Pierwsza komisja w ZUS

Pewnego dnia Listonosz przyniósł list polecony z ZUS, pomyślałem sobie, że zapewne jest to oficjalne pismo dotyczące wielkości zasiłku chorobowego, którego utratą grozili mi tydzień wcześniej bo rzekomo nie dostarczyłem im specjalnego oświadczenia. Wówczas od razu dzwoniłem do nich na infolinię, żeby sprawdzić o co im chodziło, skoro takie oświadczenie wypełniałem u nich w oddziale. Miły głos poinformował mnie, że  oświadczenie już jest zarejestrowane w systemie i żeby się nie przejmować pismem. Wiedziałem o co chodzi, w mojej pracy też zdarzało się naszych klientów straszyć sądem o zapłatę, kiedy te pieniądze leżały u nas na koncie :)

Otwieram kopertę wyluzowany i nagle czar pryska. Co za chory kraj - pomyślałem. 
Jeszcze mi ZUS żadnych pieniędzy nie wypłacił a już mnie wezwał na komisję, gdzie lekarz orzecznik ma ocenić czy zwolnienie lekarskie jest dla mnie konieczne.
Patrzę na to wezwanie i widzę, że muszę być na 8.30, litości przecież o tej godzinie nie jestem w stanie wziąć prysznica ani się ogolić i to będąc po dwóch kawach.
Miałem już wziąć za telefon żeby to przełożyć ale zaraz zaraz, po co mam tam jechać jak będę się czuł lepiej ?, przecież w depresji im późniejsza godzina tym lepsze samopoczucie i wygląd, dałem sobie spokój.

Rano wstałem o godzinie 7, nie ogoliłem się i nawet nie piłem kawy, tylko zjadłem kanapki.
Pojechałem jak kazali, z zapasem czasu na niespodziewane okoliczności, przecież w piśmie ostrzegali, że jak nie przyjadę to stracę zasiłek. 

Przed pokojem w którym miałem mieć komisję, były jeszcze dwie osoby.  Czekałem i się wkurzałem, że nie wchodzę jeszcze, nie pamiętam od kiedy zrobiłem się bardzo niecierpliwy.
Siedziałem tak zmulony i wyglądałem jak alkoholik pomyślałem wtedy, co by było gdyby to nie była komisja w ZUS tylko rozmowa o pracę. Ja bym siebie do pracy nie przyjął.

Starsza lekarka wezwała mnie do gabinetu i zadawała pytania, a to o objawy, a to o leki, a to chciała zobaczyć dokumentację od psychiatry. Pokazałem jej leki które biorę, dokumentacji nie miałem, nie wiedziałem, że można od lekarzy je dostać.
Była mało przyjemna i na pytania nie pozwalała w pełni odpowiadać, bo już zadawała następne, komentator sportowy powiedziałby o tym "narzuciła własny styl gry"

Na koniec rzuciła do mnie "u mnie ma pan zaliczone", kawa mi już nie była potrzebna, ciśnienie mi skoczyło od razu, miałem już jej odpowiedzieć, że zaliczałem jak byłem na studiach, ale po co mi te nerwy, zresztą ona tu rządzi.

Do domu wróciłem w lepszym nastroju niż jechałem do ZUS.

sobota, 28 listopada 2015

Co ma ziemniak do depresji ?

Przez kilka tygodni brania leków poprawy nie zauważyłem, nawet można powiedzieć, że było coraz gorzej. Pamiętam opinie niektórych ludzi, że leki antydepresyjne mogą zwiększyć depresję, jak to usłyszałem  od razu wydało mi się to śmieszne.

Według mnie jest tak, czułem się kiepsko bo choroba postępowała,  nie wiedziałem co mi jest i zacząłem szukać w necie przyczyn a choroba postępowała nadal i czułem się gorzej, doszedłem do takiego stanu, że szukałem psychiatry, a choroba postępowała nadal i czułem się coraz gorzej, odbyłem pierwszą wizytę u lekarza, a choroba postępowała nadal i czułem się jeszcze gorzej, kupiłem pierwsze leki, a choroba postępowała nadal, zacząłem brać lekarstwa a choroba postępowała nadal i czułem się źle, mijały tygodnie a choroba postępowała nadal i czułem się beznadziejnie.
To nie branie leków powodowało pogarszanie się stanu depresyjnego, jeżeli choroba trwa kilka lat, to czy przyjęcie jednej czy nawet dziesięciu kapsułek coś zmieni diametralnie ? tym bardziej, że zaczyna się od małych dawek i zwiększa je co miesiąc.

Rozumiecie na jakiej zasadzie to działa ? jeśli nie, to pójdźcie na targ i kupcie ziemniaki od rolnika z samochodu.
Pan położy na wadze szalkowej wasze ziemniaki z jednej strony a z drugiej są odważniki, odpowiadające waszym potrzebom, dopóki ciężar odważników jest większy dotąd nic się nie dzieje i pan dokłada kolejne ziemniaki, w końcu wskazówka wagi drgnęła, ale opadła, pan dokłada kolejne dwa ziemniaki, wskazówka doszła do środka skali i ponownie lekko się cofnęła, pan wrzucił do siateczki jeszcze jednego ziemniaka i odważniki uniosły się do góry i tak zostały.
Ziemniaki wygrały bitwę z odważnikami.

Leki to wasze ziemniaki a masa odważników to stan depresji w jakim jesteście.

piątek, 27 listopada 2015

Dziś postu nie będzie

Dziś piątek i post.
A ja piszę te posty któryś dzień z rzędu i  sam je czytam i zaczynam się coraz bardziej dołować, że można było tego wszystkiego uniknąć, że byłem ślepy,  nie chciałem spojrzeć zawczasu prawdzie w oczy, że nie pomogli ci co powinni, że spadłem na dno, że dzieci są same w pokoju obok...

czwartek, 26 listopada 2015

Dzień z życia Mumii

Jak wyglądały moje najgorsze dni ?, krótko mówiąc beznadziejnie.

Gdyby mój jeden dzień złożyć z tych wszystkich najgorszych wyglądałby mniej więcej tak jak poniżej.

Znowu kiepsko spałem, zasnąłem około 23 i przebudziłem się ok 1.30, ponownie zasnąłem ok 3.00.
Kiedy rano się obudziłem, czułem że nie mam siły wstać z łóżka ani się ogolić, od razu bolały mnie oczy i byłem rozdrażniony, na wstępie od razu, żona dostawała porcję "krytyki", że za głośno gotuje obiad od 6 rano, że zajęła toaletę, że chodzi w moich kapciach, albo nie ma wody na kawę.
Ogólnie najważniejsze jest się wysypiać, inaczej nie da się ze mną wytrzymać.
Jeżeli śpię mniej niż 9 godzin to mam dzień zmarnowany od rana do wieczora.

Kiedy żona wychodziła do pracy, a rano odprowadzała dzieci do szkoły, to byłem sam i czułem się nieco spokojniej, jak ja musiałem odprowadzić któregoś, to było bardzo nerwowo.

Lek musiałem wziąć o 8.30, wcześniej coś zjeść, snułem się po mieszkaniu jak mumia, poszedłem do kuchni, żeby zrobić śniadanie, wyleciała mi z ręki plastikowa deseczka do krojenia, chciałem zrobić kawę a nie było cukru, to wziąłem torebkę z cukrem i zamiast dosypać do cukierniczki to zacząłem sypać do filiżanki z kawą. Zrobiłem śniadanie synkowi i idę z nim do pokoju, a tam zdziwiony synek zajada kanapki już zrobione wcześniej przez żonę, a których nie zauważyłem jak przechodziłem kilka razy koło stołu.
Poszedłem się golić, patrzę w lustro i nie rozumiem, co stało się z moją twarzą, wyglądałem i czułem się jakbym w nocy wypił sam pół litra wódki. Już chciałem wejść pod prysznic, ale nie wziąłem ręcznika to poszedłem do pokoju, bo tam suszyłem na drzwiach, kiedy doszedłem do pokoju , nie wiedziałem już po co tu przyszedłem.

Do 9 godziny wypijałem dwie kawy, żeby jakoś funkcjonować, wiedziałem już, że na pamięć nie mam co liczyć, dlatego miałem ustawione przypomnienie o leku.
Kiedy go wyjąłem z pudełka, a czasami dwie kapsułki z różnymi dawkami, zanim połknąłem to odkładałem pudełka z powrotem na miejsce, bo bałem się, że znowu je wezmę drugi raz.
Zacząłem sobie zapisywać wszystko w kalendarzu dostępnym w laptopie i na komórce, oraz korzystałem z alarmów w telefonie i timera w kuchence, i wiecie co ? co chwila mnie coś zaskakiwało, a to obiad już się podgrzał, a to muszę iść po dziecko do szkoły, albo wyłączyć toster. Ostatnio synek mi zakomunikował, że zaraz zacznie robić laurkę dla mnie bo jutro mam imieniny, zapewne widok mojego zdziwienia na twarzy był bezcenny.
W dniu kiedy kończyłem ten post, w trakcie rozmowy z żoną dotarło do mnie to, że mam skończone dopiero 38 a nie 39 lat, musiałem poprawić post nr.1 , tak jest właśnie w depresji.

Żona już mi nic rano nie tłumaczyła, co komu na obiad, bo i tak tego nie rozumiałem, byłem z nią online przez sms ale i tak nigdy nie było jak powinno, albo nie zrozumiałem sms, albo zapomniałem co tam pisała.
Ziemniaków nie soliłem przez dwa miesiące bo zapominałem, nie dawałem dzieciom surówek ani wody nie mieli pod ręką, myliłem potrawy i nigdy nie wiedziałem co z czym trzeba zjeść.

Kiedyś o godzinie 15 zaskoczyły mnie dwa garnki z zupą które stały na kuchence a które miałem schować zaraz po śniadaniu, czemu ich wcześniej nie widziałem będąc w kuchni ileś tam razy , w tym 2 razy gotując kawę na tej kuchence, nie wiem.
Normalne jaja z tym są, kto nie przeżyje ten nie zrozumie, teraz w trakcie pisania, podgrzewałem obiad dla mnie i dzieci, zupa ogórkowa i gołąbki w sosie, do tego ugotowałem ziemniaki. Jeden syn który właśnie wrócił ze szkoły chciał najpierw gołąbki a potem zupę. To ponakładałem każdemu po dwa gołąbki z garnka z sosem i zjedliśmy z ziemniakami. Potem syn mówi, poproszę zupę, poszedłem do kuchni po ogórkową i patrzę a tu na kuchni stoi cały garnek z pomidorową. Od razu się zdziwiłem i pomyślałem, że pewnie znowu dałem im nie tą zupę co trzeba, po minucie się zorientowałem, że to nie zupa tylko sos po gołąbkach, i to dopiero gdy wyłowiłem kawałek liścia kapusty.

Podobny problem mam jeszcze z podejmowaniem decyzji, niektóre problemy jeszcze mnie przerastają i nie chodzi nawet np. jakiej pracy szukać po leczeniu, nawet o tym jeszcze nie myślę, chodzi o coś innego, o to jak zdecydować czy kotleta zjeść z ziemniakami czy z ryżem :), albo które kredki dla dzieci wybrać w sklepie.

Dwie godziny po wzięciu leku zaczynałem czuć, że działa. Objawiało się to zwiększoną suchością w gardle, czasem zawrotami lub lekkim bólem głowy, a nawet skrajnie  jakimś odrętwieniem, jakby czas się zatrzymał. Ale bywały i przyjemne uczucia,  czasem czułem się jak po alkoholu, ale miałem 0.00 promila i nie miałem potem kaca :). Stany te mijały po jakiś kolejnych 2 godzinach. 
I tak od 13 -14 zaczynałem czuć się w miarę normalnie.

Wizyty w szkole po dziecko lub z dzieckiem, były męczarnią, a kiedy zadzwonił dzwonek, i rozlała się po szkole wrzeszcząca masa, myślałem, że eksploduję.
To samo kiedy czekałem i czekałem pod szatnią a klasa nie schodziła, wnerwiałem się coraz bardziej i bardziej, a nawet kiedyś przez chwilę pomyślałem, żeby się wyładować na jednym z ojców którzy czekali też pod szatnią, i co by mi zrobili ? przecież jestem psychiczny.

Po powrocie do domu trzeba podgrzać dzieciom obiad, szybka ściąga w telefonie a potem timer.
Po obiedzie, ja przy kompie a dzieci się bawią, hałas i bójki co chwilę mnie nakręcały, musiałem co chwilę ich uspokajać, krzycząc z agresją "zamknąć się" albo jak przychodzili do pokoju w którym byłem, już grzeczniej mówiłem" idźcie stąd" lub mniej grzecznie, "wynoście się", albo pozwalałem im na wszystko tylko, żeby mi dali spokój i było ciszej.

Jak tylko dostawałem sms z instrukcjami od żony, reagowałem gwałtownie, w końcu zmieniłem dźwięk sms na delikatny, bo wcześniej miałem lecącą i głośno świszcząca strzałę która z hukiem kończy lot na tarczy, i kojarzyłem to tak jak bym dostał taką strzałą prosto w łeb.

Denerwowałem się także, jak się pytała jak się czuję, wiedziałem, że bardziej jej chodzi, o to czy nie jestem aktualnie zagrożeniem dla dzieci, niż tym co ze mną, ale to akurat rozumiałem.

"Odrób z nimi lekcje" - taka instrukcja prze sms  denerwowała mnie podwójnie, po pierwsze dlatego, że nie interesowały mnie dzieci, ani ich problemy, ani ich lekcje, a po drugie nie rozumiałem poleceń w książkach z pierwszej  i drugiej klasy. Zawsze było coś spieprzone, i tak potem z żoną poprawiali do wieczora.

Żona ma wybuchowy charakter i ciągle się kłoci z dziećmi o lekcje, o jedzenie, sprzątanie albo o spanie.
Ja już wiedziałem, że nie mogę się angażować w awantury, bo mogę nie zapanować nad sobą i się wycofywałem.
Zdarzało się czasem, że w trakcie takiej ich awantury po prostu zakładałem słuchawki z muzyką bo dochodziłem do takiego stanu, że wchodziłem w odrętwienie, drgały mi mięśnie w ramionach i zaczynałem coraz wolniej mówić. Wtedy brałem leki uspokajające.

Wszystkie telefony działają nadal na mnie jak płachta na byka, czego znowu ktoś chce ode mnie , obojętnie kto dzwoni, czy żona,dzieci, rodzice, czy koledzy z sąsiadem.
Dobrze, że już nie dzwonią do mnie klienci i koledzy z pracy.

Bywa często i tak, że czuję się beznadziejnie wiedząc, że wszystko co najlepsze w życiu już mnie spotkało, wtedy patrzę przez okno w stronę Wisły i mostu i nie umiem pływać.

Po godzinie 17 zwykle czułem się normalnie, może nawet mógłbym iść do pracy na ochroniarza albo gdzieś:), ale wolałem iść na siłownię, tam mam swój drugi świat, tam robię co kocham i czas tylko dla siebie. Tam nie widać mojej depresji, może jedynie widać ją w oczach.

W łóżku najczęściej już byłem ok godz. 20, zwykle przed dziećmi. Zawsze powtarzałem żonie, że "leżenie w łóżku to mój żywioł" miało to na celu również zbywania innych którzy czasem coś ode mnie chcieli a ja im mogłem uczciwie powiedzieć, "nie dzisiaj".

Jeśli chodzi o sprawy krokowe, to już przed wizytą u lekarza zaobserwowałem zmniejszone chęci i trudności wstania z łóżka nie tylko u mnie :). Po lekach nawet to się wzmocniło dochodząc do poziomu w którym mogłem się zająć ciekawszymi sprawami niż seks.
Mógłbym to podsumować jednym świńskim kawałem o staruszku i jednym powiedzeniem, ale to najwyżej na maila.

Dobranoc.

środa, 25 listopada 2015

Brać czy nie brać ? o to jest pytanie

Z receptą w ręce udałem się do apteki po pierwsze leki.

Pani wzięła receptę, chwilę przeczytała i zadała pytanie "czy brał pan już te leki ?", odpowiedziałem, że nie. Spojrzała drugi raz na receptę, spojrzała w komputer i wyszła na zaplecze. Wróciła, spojrzała trzeci raz na receptę, spojrzała na leki i zapytała mnie o moje nazwisko, które zapisała na odwrocie recepty. Spojrzała czwarty raz na receptę, spojrzała na leki i zeskanowała kod z recepty. Kiedy szukałem w portfelu odpowiedniej kwoty pieniędzy, pani wyjęła torebeczkę, spojrzała w receptę po raz piąty, spojrzała na leki i włożyła je do torebki. Wydała resztę, kiedy ją wkładałem do portfela, pani spojrzała na receptę po raz szósty, zajrzała do torebeczki  i dopiero mi ją podała. 
Uff myślałem, że się rozmyśli i nie wyda.

W drodze do samochodu, chwilę pomyślałem o tym co się wydarzyło i zacząłem się bać.

W domu miałem chwilkę to postanowiłem, że poczytam tę ulotkę od leków.
Czytając kolejne przeciwwskazania, zastrzeżenia i ostrzeżenia o skutkach ubocznych, zaczęły nachodzić mnie wątpliwości, czy na pewno jest mi to potrzebne.

Rankiem następnego dnia, jak tylko wstałem, od razu czułem niepokój, powinienem przy śniadaniu wziąć lek. 
Poszedłem po kapsułkę i trzymając ją w ręce, czułem się pewnie tak jak czułbym się stojąc 50 metrów nad ziemią, przed skokiem na bungee. Strach i wstyd jak się wycofam.
Wahając się szukałem bodźca, takiego popchnięcia w dół przez inną osobę, przypomnienia sobie odrobiny szaleństwa i znalazłem. Prowadząc kiedyś auto przy 210 km/h jedną ręką zrobiłem telefonem fotkę licznika. 

Połknąłem, ale na bungee się nie wybieram.




wtorek, 24 listopada 2015

Oficjalnie psychiczny

W końcu czekała mnie pierwsza wizyta u psychiatry, nigdy nie lubiłem lekarzy, a od jakiegoś czasu nie lubiłem nowości i niewiadomych, więc lekko się stresowałem jak będzie na wizycie, jak się zakończy, ale jakoś nie widziałem alternatywy po ostatnich wydarzeniach.

Najpierw zacząłem się zastanawiać gdzie się udać, do jakiego lekarza, do jakiej placówki.
Byłem już kiedyś u psychologa, to wiedziałem, że psychiatra i psycholog państwowo przyjmują bez skierowania.
Jest to o tyle dobre, że nie trzeba się produkować u lekarza pierwszego kontaktu i narażać na oddalanie wizyty u specjalisty oraz na branie ziółek kiedy potrzebujesz dobrze dobranych leków.
Szybki telefon do przychodni nie daleko mnie w której leczył się mój przyjaciel i jego żona, chciałem się zapisać do lekarki z powołania jak ją określili.
Pierwszy wolny termin za jakieś 3 miesiące, wcale się nie zdziwiłem, w chorym kraju, chorzy ludzie mają chorą służbę zdrowia.

Spróbuję inaczej... portal z opiniami o lekarzach, za duży wybór ale jakoś wybrałem.
Dzwonię i słyszę" zapraszam jutro na 20.30, koszt pierwszej wizyty 150 zł." i co, można ?:)

W ciągu dnia w którym miałem wizytę,  przygotowałem sobie listę ze zdarzeniami które odpowiadały niektórym objawom i zrobiłem ściągę na wypadek gdyby zawiodła mnie pamięć lub puściły nerwy.

Pojechałem trochę wcześniej, żeby się nie spóźnić.
Wizyta zaczęła się punktualnie, lekarza znałem z widzenia, tzn z jego profilu na stronie placówki, pierwsza wymiana informacji, pierwsze lody przełamane.
Na pytanie z jakim problemem przychodzę, wygłosiłem ok. 30 minutowy monolog ze łzami w oczach.
Kilka pytań,kilka odpowiedzi, sprawdzał też moją wiarygodność (zapewne przerobił wielu symulantów w swojej praktyce). Lata mojego doświadczenia z klientami czasem pomagają , łatwo umiem rozszyfrować innych, nawet ich zmanipulować, w jego pułapki nie wpadłem, zresztą nie musiałem udawać, mówiłem tylko prawdę.

Na koniec przepisał pierwsze leki antydepresyjne, tzw. psychotropy.
Wypisał zwolnienie lekarskie i zaprosił za miesiąc.

W drodze do domu miałem mieszane uczucia, czy cieszyć się, że mam zwolnienie, czy martwić, że oficjalnie potwierdził moją diagnozę, i czy każda wizyta u psychiatry tak wygląda ?

poniedziałek, 23 listopada 2015

Jedyna śmieszna rzecz w mojej depresji

Brzmi dziwnie ? no cóż jedyna śmieszna rzecz to sposób w jaki  dowiedziałem się o mojej depresji.

Jeden z kolegów podpowiedział mi, żebym zasymulował depresję, żebym opowiedział odpowiedniemu lekarzowi jak mi to jest źle po tym jak mnie zwolnili i z 2 miesiące powinienem mieć  na znalezienie pracy. Dodał jeszcze "poczytaj w necie jakie są objawy, żebyś wiedział co masz mówić lekarzowi".
Nie pochwalam takich cyrków, ale nie bardzo miałem wyjście, wiadomo rodzina była dotychczas głównie na moim utrzymaniu, żona od niedawna pracuje po 8 latach opieki nad dziećmi, bez umowy, mało zarabia , a z kasą jakoś coraz gorzej.

Wszedłem na jakąś stronę dotyczącą depresji i czytam: przygnębienie, smutek, obniżony nastrój (spoko wiadomo jak kogoś zwolnili to nie dziwne, że fajnie mu nie jest.)
Czytam dalej: poczucie bezsilności, skłonność do irytowania się, złość, utrata motywacji, (coś takiego czasem miałem), poczytam na innej stronie a tam widzę: bezsenność albo nadmierna senność (dziwnie spałem podczas ostatniego urlopu, ale to przecież nowe miejsce), spadek sprawności myślenia i koncentracji, wiadomo jak to w przemęczeniu :), trudności ze skupieniem uwagi albo podejmowaniem decyzji, (no tak ale ja tak miałem od jakiegoś czasu, więc żadna rewelacja.)
Izolowanie się od otoczenia, porzucenie zwykłych kontaktów, żona co prawda miała pretensje od kilku lat, że nie wychodzimy z domu razem, że kontakty ze znajomymi  się urwały, że mam tylko 2 kolegów.., ale ja ciągle byłem w rozjazdach, a jak w piątek wróciłem do domu to chciałem sobie wreszcie  posiedzieć w nim w spokoju przez weekend.

O proszę na kolejnym portalu jest test na depresję, kilka minut i po bólu ... liczę wynik , Jesteś w ciężkiej depresji ! szok, niedowierzanie jeszcze , czytam na innym portalu o innych objawach, skutkach, lekach i ile potrwa leczenia,  o tym, że to choroba śmiertelna, że będzie nawracała co jakiś czas.
Łzy nawilżały już moje spojówki.

Miałem  praktycznie wszystkie objawy depresji jakie wyczytałem na kilku portalach o tej chorobie, a niektóre z nich od wielu, wielu lat.
Najpierw pierwsze symptomy  i z biegiem czasu dochodziły nowe , aż doszło do tego, że psychiatry szukałem na już.

Prawda, że śmieszne ?

niedziela, 22 listopada 2015

I belive I can fly

Tak mógłby zaśpiewać mój laptop w swoim 3 metrowym locie, zanim jego matryca stała się nieczytelna.
Doszedłem do punktu z którego odwrotu już nie było, kiedyś mój przyjaciel powiedział mi, że każdy ma taką czerwoną linię której nigdy nie przekroczy, a u mnie ta linia jest rozmazana...
Nie chodzi tylko o koszt naprawy laptopa, chodzi o to że zdałem sobie sprawę, że jestem już zagrożeniem dla rodziny. Uderzając żonę pięścią w ramię i grożąc jej, że wyrzucę ją na balkon lub przez balkon z 7 piętra, nie pamiętam już tego dokładnie. Widok strachu  jej i naszych dzieci to najgorsze moje chwile w życiu.
I to wszystko z powodu uwagi żony, że zostawiłem pusty czajnik, może na trzeźwo bym tak nie zareagował, ale byłem po kilku drinkach. 

Po dwóch dniach ciszy pomiędzy mną a żoną spowodowanego moim wstydem, a jej strachem, wyjechałem pod Warszawę z dziećmi do rodziców, żona została, miałaby za daleko dojeżdżać do pracy.
Rodzice mieli pomóc mi przy dzieciach, a ja miałem odpocząć i skupić się na szukaniu pracy.
Był koniec sierpnia tego roku , wypowiedzenie które dostałem dobiegało końca, nowej pracy nie miałem.
Z jakiejś niewiadomej przyczyny długo nie mogłem skończyć pisania CV, a jak już je dopieściłem to nie mogłem udostępnić rynkowi mojej oferty świadczenia pracy na jednym z portali.
Może to była ta sama niewidzialna siła która  powstrzymała mnie przed tym aby zgłosić się z CV do jednego z prezesów który szukał handlowca, a do którego kontakt otrzymałem od mojego klienta.
W dniu w którym żegnałem się telefonicznie z niektórymi klientami, jeden z nich strasznie się przejął tym że mnie zwolnili po 14 latach, bardzo mnie cenił i nasze kontakty i od razu zadzwonił do swojego przyjaciela i mnie polecił. Klient ten po krótkiej rozmowie szybko oddzwonił do mnie, miałem tylko się pokazać z CV, usłyszał że skoro on mnie poleca to na pewno się dogadamy.

Wstyd mi do dzisiaj, że chociażby z szacunku do tego klienta nie odezwałem się ani do niego ani do tego prezesa.

sobota, 21 listopada 2015

Słów kilka o mnie

Mam 39 38 lat , jestem bezrobotny, mieszkam z żoną i dwoma  synkami w Warszawie w bloku z lat 80, mam 10 letnie auto,  zapadnięte  łóżko i od roku zepsutą zamrażarkę w lodówce.
Wieczorami kiedy żona będzie oglądała jakiś film w telewizorze którego bym sam nie udźwignął, znajdę chwilę i coś tu skrobnę.

Od razu wspomnę jak było jeszcze nie tak dawno, nie po to aby się chwalić, tylko przestrzec, że jak się nie zwraca uwagi na pierwsze objawy, lub wcale ich się nie zna, albo jest się ofiarą błędnych procedur medycznych,  można zjechać po równi pochyłej na sam dół.

Po studiach technicznych na SGGW , gdzie uzyskałem dwa dyplomy i po studiach podyplomowych na SGH rozpocząłem pracę w firmie produkcyjno - handlowej jako przedstawiciel handlowy, po jakimś czasie awansowałem na szefa sprzedaży i zarządzałem sprzedażą czyli handlowcami i akwizytorami na terenie 8 województw, zajmowałem się planowaniem sprzedaży, jeździłem na spotkania z zarządem w różne miejsca Polski.
Wszystko się układało, dobrze zarabiałem, poznałem w pracy przyszłą żonę, jeszcze przed ślubem wyszykowałem nasze wspólne gniazdko.

Oszczędności odkładałem na lokaty do czasu kiedy nie zainteresowałem się Giełdą Papierów Wartościowych i handlem akcjami. Na giełdzie szło mi coraz lepiej i oszczędności były powiększane. Bardzo mnie to cieszyło i dodawało energii do dalszej edukacji na temat spekulacji na giełdzie, dziesiątki przeczytanych książek, szkolenia. Jak byłem mały widziałem film o maklerach, którzy za pomocą pierwszych prostych komputerów handlowali na giełdzie,  nie wiedząc nic wcześniej o tym, miałem wrażenie, że robiłem już to kiedyś, nie wiem czemu ale tak jakbym był maklerem w poprzednim życiu.

Urodził się pierwszy syn a po 2 latach drugi, i już rodzinka była w komplecie.

W pracy zmieniały się zarządy a ja ciągle się sprawdzałem w tym co robię, śmiganie fajnymi służbowymi autami, delegacje często na kilka dni, w Polsce i nie tylko.
Młody,, wykształcony, zaradny i ambitny super żona i cudowne dzieciaki, jednym słowem sielanka.
Tak pewnie widzieli mnie i moją rodzinę wszyscy którzy jednak nie patrzyli przez moją perspektywę...